Każdy ma taką Cichą Noc w jaką uwierzy
Z Piotrem Domalewskim w Polskim Radio Olsztyn w ramach cyklu spotkań „Okno na kulturę” rozmawiał Łukasz Adamski, krytyk filmowy i publicysta portalu wPolityce.pl oraz tygodnika „Sieci”.

To bez wątpienia najlepszy film 42. festiwalu filmowego w Gdyni. Debiutujący w pełnometrażowej fabule Piotr Domalewski został okrzyknięty reżyserskim odkryciem, a jego wybitna „Cicha noc” porównywana jest do rumuńskiej „Sieranevady”. To opowieść o rodzinie, o prowincji, o Polsce. Kino dojrzałe, przenikliwe i świetnie zagrane.

Łukasz Adamski: Siłą „Cichej nocy” jest to, że czujesz w tym filmie prowincję. I czule o niej mówisz. Nie zrobiłeś filmu z pozycji tzw. Warszawki. Zrobiłeś film o prowincji, którą kochasz.

Piotr Domalewski: To rodzaj szczególnego sentymentu do miejsca, z którego się wywodzę. Pochodzę z prowincji i chociaż mieszkam w tej... Warszawce, to mam wrażenie, że jest to ląd skolonizowany przez takich ludzi jak ja, ludzi z prowincji. Wszyscy przywozimy do Warszawy kawałek swojej ziemi, swojej tożsamości. Gdy ktoś mnie zapyta, co myślę o Warszawie, to odpowiem, że jeszcze jej szukam. Nie wiem, gdzie ona tak naprawdę jest.

W filmie pada ważne stwierdzenie: czuję się Polakiem za granicą, czuję się Polakiem także w Polsce, ale nie wiem, gdzie tak naprawdę tym Polakiem do końca jestem? Gdzie tak naprawdę jestem sobą? Pytasz o tożsamość w kontekście emigracji, palącego problemu nie tylko Polski, ale i Europy.

Zawsze uważnie śledziłem historię z szacunku dla mojego ojca, który notabene jest historykiem. Emigracja nie jest zjawiskiem nowym. Na przestrzeni dekad obserwujemy fale emigracyjne, które się powtarzają. Zmieniają się tylko kierunki i środki transportu. Trzydzieści lat temu był to najczęściej bus do Niemiec. Dzisiaj to Ryanair do Szkocji czy Holandii. Emigracja ma niebagatelny wpływ na nas, naszą kulturę, społeczeństwo. I jest to temat wymagający eksploracji, a nasza współczesna kinematografia stosunkowo rzadko po niego sięga. Co dziesiąta rodzina ma obecnie kogoś z najbliższych, kto pracuje za granicą. Emigracja lat 80. czy 90. to były wyjazdy z perspektywą powrotu. Tragedie wynikały z tego, że te powroty odsuwały się w czasie. Nie w tygodniach czy miesiącach, ale w latach. Współczesna emigracja jest bardziej definitywna. Opuszczamy kraj, bo mamy względną łatwość w przemieszczaniu się, w kupieniu biletu do kraju na każde święta z rodziną. W czasach Facebooka i Skype’a wydaje nam się, że jesteśmy w stanie utrzymywać więzi na odległość bez uszczerbku na ich jakości.

„Cicha noc” jest opowieścią właśnie o tych więziach. O rodzinie z Warmii, która spotyka się wspólnie na Wigilii. Główny bohater grany przez Dawida Ogrodnika przyjeżdża z Holandii i ta szczególna noc odkryje przed nami wiele sekretów, tajemnic rodzinnych, wyjdą na jaw pewne demony przeszłości. Ile w tym filmie jest Ciebie i Twojej rodziny?

Można by zapytać: ile jest w tym filmie każdego z nas? Ile, jako pewna społeczność, mamy ze sobą wspólnego? Wyrośliśmy w tej tradycji i nawet jeśli zajmujemy się różnymi rzeczami albo żyjemy w różnych środowiskach, to wszyscy mamy wspólną genealogię, która wynika właśnie z tradycji kulturowej. Nasza kultura jest silnie związana z religią i nie przez przypadek wybór czasu akcji padł właśnie na wigilijny wieczór, w moim przekonaniu najważniejszy rodzinny zjazd. Wszyscy jesteśmy uwikłani w różne, skomplikowane relacje z rodziną – z ojcami, matkami, braćmi. To niekoniecznie muszą być postacie przeniesione w stosunku jeden do jednego z mojego życia. Siłą tego filmu miała być wiarygodność świata przedstawionego. Wystarczy opowiedzieć o świecie, który się zna, i którego jest się bacznym obserwatorem. Nie musiałem specjalnie koloryzować.

Emigracja ma niebagatelny wpływ na nas, naszą kulturę, społeczeństwo.

Siłą tego filmu jest także to, że został bardzo precyzyjnie wyreżyserowany. W swojej recenzji filmowej nazwałem go nawet „polską Sieranevadą”. Obaj, Ty podobnie jak rumuński reżyser „Sieranevady” – Cristi Puiu, kręcicie swoje filmy głównie w małych pomieszczeniach. W tych kilku małych pokojach rozegraliście teatr-operę aktorską.

Od początku było wiadomo, że nie możemy podeprzeć się wyrazistym montażem, sposobem filmowania czy sugestywną muzyką, że siłą filmu ma być właśnie obsada. Sporo czasu zajęło nam jej skompletowanie. Zależało nam, żeby aktorzy byli wiarygodni jako rodzina. I to nam się udało, bo oni naprawdę są do siebie podobni. To ekscytujące! Po pierwszych projekcjach wiele osób mówiło: ależ ta mała jest podobna do matki! Dobór osób był bardzo żmudnym procesem, któremu poświęciliśmy wiele czasu i wysiłku.

Jak bardzo na Twoją reżyserską pracę wpływa Twój aktorski fach?

Doświadczenia aktorskie sprawdzają się w tej pracy. To pomaga – mamy z obsadą ten sam słownik. Wiem, jak się porozumiewać, wiem, o co poprosić, żeby uzyskać coś, na czym mi zależy. To przyspiesza naszą pracę. Nie dochodzimy do pewnych rezultatów po omacku, tylko stawiamy na konkret. Aktorzy mocno weszli w tę historię, scenariusz im się bardzo podobał. Fakt, obdarzyli mnie dużym zaufaniem – jestem debiutantem, a większość z nich to zawodowcy, którzy mierzyli się już z wielkimi produkcjami i doświadczonymi reżyserami. Dali mi kredyt zaufania, żebym opowiedział historie z mojego podwórka, nie o ludziach z komiksu, ale z krwi i kości. Oni grają tych prawdziwych ludzi, ludzi z ulicy. Grają bardzo oszczędnie, niejako pomiędzy słowami. To, co odbywa się pomiędzy słowami, to także dialog, tylko naszych myśli i oczu. To, co mówimy, często jest tylko wstępem, puentą albo i samą kropką. Wszystko to, co najważniejsze, odbywa się na poziomie emocji.

Nagromadzenie tych kipiących emocji można porównać do emocji z „Wesela” Wojtka Smarzowskiego. Ale tak jak u niego wódka leje się hektolitrami, tak u Ciebie ta wódka jest... chowana. Jeden z bohaterów filmu, a fantastycznie wcielił się w tę rolę Arkadiusz Jakubik, którego jest to chyba jedna z najlepszych ról w karierze, jest alkoholikiem. Ale nie zataczającym się – takim walczącym, takim, który nie chce tej wódki.

To jest smutna prawda – alkohol jest w jakimś sensie elementem polskiej obyczajowości. To przerażające, że młodym ludziom wchodzącym w wiek dojrzewania alkohol kojarzy się z dorosłością i dobrą zabawą. Próbuję to zrozumieć i nie oceniać. Alkohol jest w moim filmie rodzajem katalizatora, który pomaga radzić sobie z sytuacją rodzinną, gdy ludzie siadają do stołu naprzeciwko siebie i nie bardzo umieją ze sobą rozmawiać. Alkohol wyzwala radość z bycia razem. Jest narzędziem, a nie treścią samą w sobie. Oni go w pewnym momencie potrzebują. Bohater Arkadiusza nie pije, nie chce, nie może i walczy z tym. Jaka jest puenta? Nie powiem.

Sytuacją kryzysową może być coś małego, bliskiego, pozornie bezbolesnego.

Nie unikasz symbolizmu. „Cicha noc” to nie tylko wigilia, ale i kolęda, która wybrzmiewa w Twoim filmie i zostaje zniekształcona. To jest właśnie metafizyczny, religijny wymiar tej Cichej Nocy? Kolęda ma być oczyszczeniem, odkupieniem win?

Każdy ma taką Wigilię w jaką wierzy. Kasia, najmłodsza z całej rodziny, ma swój obraz tego wieczoru – w jej oczach jest magiczny. Jej wyobrażenie o tym, jak gra na kolędę skrzypcach, sprawia, że ona staje się piękna, chociaż ktoś zaraz powie: „przecież ona niemiłosiernie fałszuje!”. I może to są te piękne Święta, które naprawdę mogłyby się wydarzyć, ale bohater sobie na nie nie pozwolił, nie chciał wziąć w nich udziału na poziomie emocjonalnym. A ona chciała. Każdy dostaje to, w co wierzy. Ona dostaje piękny obraz, ze śniegiem, z całą tą magiczną aurą. Ona ocala nadzieję, że ta Cicha Noc może być piękna.

„Cicha noc” to Twój pełnometrażowy debiut, ale jesteś również autorem ciekawego krótkometrażowca „60 kilo niczego”, filmu o losie Ukraińców w Polsce. Czy temat emigracji uważasz za zamknięty, czy wręcz przeciwnie – będziesz jeszcze do niego wracał?

Jest wiele ważnych i zajmujących mnie zjawisk, które chciałbym poruszyć, ale to, co mnie najbardziej intryguje to prosty bohater w sytuacji krańcowej. Nie w obliczu burzy, huraganu, trzęsienia ziemi czy komety z kosmosu. Sytuacją kryzysową może być coś małego, bliskiego, pozornie bezbolesnego. Intryguje mnie również opowiadanie prawdy o zamkniętych społecznościach. Filmy mogą się starzeć, ale jeśli zarejestrujesz jakąś prawdę o danej grupie, to za dziesięć lat będzie to prawdziwa historia tej społeczności w tamtych czasach. To nadal będzie film prawdziwy i mocny.

1


Spisała Alexandra Kozowicz

Zaufali nam

© 2018 Koncept All rights reserved. Made by ORDER GROUP