Jewhen Mahda: wojna hybrydowa na Ukrainie to ważna lekcja dla Europy [WYWIAD]
Wojna hybrydowa – to pragnienie jednego państwa podporządkowania sobie innego, w taki sposób, który jednocześnie umożliwi pełną realizację swoich interesów

Rozmowa z Jewhenem Mahdą, ukraińskim politologiem – o wojnie hybrydowej Rosji przeciwko Ukrainie i o lekcji jaką Europa powinna wyciągnąć z rosyjskiej agresji.

Jewhen Mahda / Fot. archiwum Jewhena Mahdy
Jewhen Mahda / Fot. archiwum Jewhena Mahdy

Wojna hybrydowa, którą Rosja prowadzi przeciwko Ukrainie, rozpoczęła się znacznie wcześniej niż wydarzenia Rewolucji Godności z zimy 2013 i 2014 r., nielegalnej aneksji Krymu, czy, już całkowicie realnej, wojny na Donbasie. Pokazał Pan to bardzo wyraźnie w swojej książce: „Wojna hybrydowa. Przeżyć i zwyciężyć” (Гібридна війна. Вижити і перемогти) z 2015 r. Jak mógłby Pan zdefiniować pojęcie „wojny hybrydowej” oraz wyjaśnić charakter nacisku Kremla na Kijów, widoczny właściwie od początku istnienia niepodległej Ukrainy po 1991 r.?

Jewhen Mahda: Wojna hybrydowa – to pragnienie jednego państwa podporządkowania sobie innego, w taki sposób, który jednocześnie umożliwi pełną realizację swoich interesów, zachowując przy tym formalną suwerenność tego drugiego państwa, do czego najkorzystniejsze są niewojskowe metody prowadzonych działań (nacisk informacyjny, energetyczny, ale i np. zręczne manipulowanie w sferze kultury). Można powiedzieć, że choć „wojna nieogłoszona” nie jest żadnym nowym zjawiskiem w stosunkach międzynarodowych, to akurat konfrontację rosyjsko-ukraińską należy określić jako unikalną – przede wszystkim przez charakter relacji pomiędzy tymi dwoma państwami w ciągu ostatnich stuleci. Bez odnowienia swojego wpływu na Ukrainę, Rosja nie może nawet marzyć o realizacji celu „powrotu potęgi Imperium”, to oczywiste.

 

Jeśli mówimy o nacisku Kremla na Kijów w czasie 25 lat niepodległości państwa ukraińskiego, to warto podzielić to ćwierćwiecze na dwa okresy. W latach 90. XX wieku, Rosja była państwem słabym, nie miała dostatecznej ilości pieniędzy, miała za to problemy z własnymi regionami – co skwapliwie wykorzystały kraje Europy Środkowej oraz tzw. Pribałtyki w zakresie skutecznej integracji europejskiej oraz euroatlantyckiej. Natomiast wraz z nastaniem nowego Millenium, Rosja, uzyskawszy spory dochód ze sprzedaży energii, rozpoczęła przygotowania do agresji przeciwko Ukrainie. Jestem przekonany, że aneksja Krymu i agresja na Donbasie nie jest reakcją Kremla na wydarzenia na Majdanie w Kijowie, a dużo wcześniej zaplanowaną akcją. Poprzednie wydarzenia w regionie dawały nadzieję Putinowi, że Zachód specjalnie nie będzie przeszkadzał Władimirowi Władimirowiczowi w jego dążeniach do podporządkowania sobie Ukrainy, do czego jednak ostatecznie nie doszło.

 

Ocena tych zjawisk nie byłaby pełna, bez przyznania jednego faktu – to przede wszystkim brak systemowych reform w czasie ostatnich 25 lat uczynił z Ukrainy państwo słabe, dając Rosjanom po prostu pole do myślenia o naszej ojczyźnie jako o „łatwej zdobyczy”. Chciałbym podkreślić w tym miejscu, że chodzi nie tylko o czas sprawowania władzy przez Wiktora Janukowycza, ale również o poprzednich prezydentów, premierów, jak i wszystkie parlamenty niepodległej Ukrainy. Te stracone szanse na stopniowe przekształcanie Ukrainy w efektywne państwo, doprowadziły dziś do sytuacji, w której mówimy już o realnych stratach ludzkich i terytorialnych.

 

Jeszcze w latach 90. ubiegłego stulecia, a już szczególnie od momentu wyboru Władimira Putina na prezydenta Federacji Rosyjskiej, Kreml chciał odzyskać swój wpływ i faktyczną zdolność kreowania polityki Ukrainy. Pierwszymi, znacznymi symptomami tego procesu stały się dwa „kryzysy gazowe” z lat: 2006 i 2009. Czy i dziś, celem Moskwy jest – podobnie jak w przypadku wydarzeń sprzed ponad dekady – dyskredytacja Ukrainy w oczach europejskich partnerów?

 

JM: Sytuacja w omawianym aspekcie zmieniła się, i to zmieniła się na lepsze. Wspomniane „wojny gazowe” były sprowokowane pragnieniem Gazpromu przejęcia kontroli nad systemem sieci przesyłowych gazu na Ukrainie. Dodajmy, że cel ten nie został zrealizowany, bo choć Ukraina obie „wojny gazowe” przegrała to jednak zachowała kontrolę nad wskazanym systemem transportu gazu, w odróżnieniu np. od Białorusi.

 

Warto przypomnieć, że to Ukraina ratyfikowała Europejską Kartę Energetyczną (w 1998 r.), w czasie gdy Rosja sprzeciwiała się tej umowie, a wstąpiła do Wspólnoty Energetycznej (w 2011 r.), kiedy Moskwa pokazała się jako otwarty przeciwnik implementacji tzw. trzeciego pakietu energetycznego, jednego z kluczowych instrumentów dla realizacji unijnej polityki energetycznej (w tym, wobec państw trzecich). Podczas poprzednich „wojen gazowych” europejska opinia publiczna stanęła jednak po stronie Rosji, co przyczyniło się do ówczesnego zwycięstwa Kremla (czyli narzucania partnerom europejskim „antyukraińskiej narracji”) – dziś nie jest to już możliwe, a Kreml musi bardzo starannie kreować swoją strategię w sferze energetyki, licząc się z reakcją Unii Europejskiej.

 

W swoim ostatnim artykule dla czasopisma „Nowa Europa Wschodnia” napisał Pan, że Europa powinna zwrócić teraz szczególną uwagę na politykę Federacji Rosyjskiej właśnie w zakresie energetyki. Czy możliwy jest, a jeśli tak, to jak może wyglądać, „atak energetyczny” Kremla na państwa UE jeszcze tej zimy?

 

JM: Tego typu niebezpieczeństwo istniało na początku bieżącego roku, kiedy Rosja mogła obwinić Ukrainę o nieuprawniony pobór gazu, który przez ukraińskie terytorium przesyłany jest do państw UE (sama Ukraina korzysta dziś z systemu dostaw rewersowych, czyli „odwróconego gazu”, który z państw Europy Środkowej płynie na Ukrainę), tym samym zmniejszając jego podaż dla europejskich partnerów. To w praktyce się nie wydarzyło, ponieważ mrozy okazały się nie dość silne i trwałe, chociaż Rosja z pewnością ostatecznie nie odstąpiła od wykorzystania energetycznej broni jako instrumentu swojej aktywności międzynarodowej. Z ich punktu widzenia, polityka dyskredytacji Ukrainy jako wiarygodnego pośrednika w procesie przesyłania gazu do państw zachodnich, wciąż jest warta realizacji.

 

Jak dobrze wiemy, dla skuteczności wojny hybrydowej same działania militarne stanowią co najwyżej drugorzędny instrument. Niemniej jednak, co widać na przykładzie agresji Rosji na Ukrainę, państwo prowadzące działania hybrydowe może również zdecydować się na rzeczywiste wykorzystanie metod stricte wojskowych. Jaki, Pana zdaniem, jest dziś faktyczny cel agresora?

 

JM: Przyznam, że dość sceptycznie i ostrożnie podchodzę do głosów (a raczej gróźb) płynących z prokremlowskich środowisk eksperckich, które raz po raz przewidują szybkie rozwiązanie siłowe (w praktyce: kolejną napaść zbrojną) z wykorzystaniem ciężkiej artylerii czy sił powietrznych. Jego następstwa można łatwo przewidzieć (i niekoniecznie będą one w pełni korzystne dla Kremla), a możliwe straty nietrudno wyliczyć. Moskwa jest dziś przede wszystkim zainteresowana w podważaniu zaufania Ukraińców do procesu reform i działań swojej władzy, wykorzystując przy tym niełatwy przecież okres dla życia i rozwoju społeczeństwa ukraińskiego. Rosja jest gotowa pomóc każdemu, kto może przyczynić się do realizacji wizji Kremla, nie oczekując tak naprawdę niczego w zamian. To możliwie jak największe osłabienie autorytetu Ukrainy i stworzenie nad Dnieprem „scenariusza bośniackiego” (tj. państwa dysfunkcjonalnego).

 

Napisał Pan w swojej książce: „Ukraina stała się ofiarą wojny hybrydowej, w swej istocie ofiarą pokazową i symboliczną”. Czy, Pana zdaniem, Ukraina już ostatecznie przegrała tę „wojnę wizerunków”, jak to określił Pan w swojej pracy?

 

JM: Ukraina poniosła kilka dokuczliwych porażek, chociaż nie uważam, żeby ostatecznie przegrała tę batalię. Przez ponad 20 lat świat zachodni postrzegał wydarzenia odbywające się na Ukrainie przez pryzmat interesów Rosji – nawet po „Pomarańczowym Majdanie”. Rewolucja Godności zmieniła jednak ten trend, a sama Ukraina stara się dziś udowodnić, że nie jest tylko „lepszą Rosją”, a niepodległym państwem ze swoją własną, bogatą historią. Musimy – jako Ukraińcy – nauczyć się przede wszystkim traktować nas samych i własne państwo nie jako „największy problem Europy”, ale przestrzeń ogromnych możliwości, ponieważ Ukraina posiada wiele realnych, a nie jedynie wydumanych przewag konkurencyjnych nad innymi państwami regionu.

Jewhen Mahda jest autorem książki: „Wojna hybrydowa. Przeżyć i zwyciężyć” (Гібридна війна. Вижити і перемогти) z 2015 r.

Jewhen Mahda jest autorem książki: „Wojna hybrydowa. Przeżyć i zwyciężyć” (Гібридна війна. Вижити і перемогти) z 2015 r.

Przejdźmy teraz do innej metody prowadzenia wojny hybrydowej przez Rosję – wojny informacyjnej. Chciałbym zapytać, czy w porównaniu z początkiem faktycznej agresji Kremla w 2014 r. (Krym, Donbas). Ukraina zdołała poprawić swoją zdolność do walki z rosyjską dezinformacją i propagandą, które wzmacniały przecież operacje wojsk na realnym polu bitwy?

 

JM:  Tak, i na tym polu również nastąpiła zmiana, co zresztą dziś Rosja musi wziąć poważnie pod uwagę. Jeśli wcześniej, na początku konfliktu, rosyjskie media poruszały się dość swobodnie po ukraińskiej przestrzeni informacyjnej, to dziś coraz częściej zmuszone są do korzystania np. z tzw. „jednodniowych stron internetowych” dla szybkiej promocji korzystnych dla siebie treści. Państwo ukraińskie systematycznie zmniejsza także możliwość oglądania rosyjskich kanałów telewizyjnych, chociaż działanie to nie może być rzecz jasna skutecznym panaceum na propagandę Kremla w dobie Internetu.

Ukraińcy stale uczą się jak zachowywać się w relacji z zagranicznymi partnerami – w chwili obecnej postawa ta jest zdecydowanie bardziej odważna i do pewnego stopnia ofensywna, choć i tak ledwie udaje się przekonać Europejczyków do zaakceptowania faktu, że to Ukraina była przez wieki wyzyskiwaną kolonią wielkiej Rosji. To okrutny żart, można powiedzieć, bo ciężko wyzwolić się z funkcjonującego schematu dwóch bardzo bliskich narodów, władających podobnymi językami. Uważam zresztą, że powrotu do dobrosąsiedzkich relacji z Rosją już nie będzie. Ukraińcy nie wybaczą Moskwie agresji na swoje terytorium i zamordowania tysięcy rodaków podczas wojny na wschodzie kraju.

Jednym z następstw Rewolucji Godności stała się próba stworzenia własnej polityki historycznej przez Ukrainę, wykorzystania wielkich momentów w historii narodu ukraińskiego dla wzmocnienia i zjednoczenia społeczeństwa w kraju nad Dnieprem, w tym stworzenia przestrzeni dla – wolnej od wpływów obcych (przede wszystkim rosyjskich czy, jak kiedyś, radzieckich) – tożsamości narodowej. Jak ocenia Pan aktywność swojego państwa w tej sferze? Czy naprawdę udało się wcielić w życie np. założenia polityki dekomunizacji (stosowne ustawy zostały przyjęte przez Radę Najwyższą Ukrainy w 2015 r.), czy też zrealizowała się ona przez działania w gruncie rzeczy powierzchowne – jak zmiana nazw miast – bez rzeczywistego wpływu na stan świadomości obywateli Ukrainy?

JM: Przyznam, że dość nisko oceniam efekty procesu dekomunizacji. Uważam, że byłby on skuteczniejszy, gdyby dekomunizację zacząć przeprowadzać w warunkach wzrostu gospodarczego, a nie jak dziś – trudności ekonomicznych, z którymi boryka się Ukraina. Niemniej jednak, państwo ukraińskie powinno – bez względu na warunki zewnętrzne oraz wewnętrzne w jakich funkcjonuje – próbować tworzyć choć zręby swojej polityki pamięci, polityki historycznej. Może odbywać się to na wielu płaszczyznach, gdzie to wcale nie poważne publikacje naukowe muszą być uważane za najbardziej trafne rozwiązanie. To choćby możliwość wykorzystania przestrzeni artystycznej jaką daje film, ale i gry komputerowe, komiksy, czy tez oczywiście książki popularno-naukowe. Materiału mamy dość – musimy nauczyć się swoją historię pokazywać w sposób atrakcyjny, zwłaszcza dla młodych osób. W innym przypadku, będziemy musieli liczyć się z tym, że wiele historycznych postaci, narodowych bohaterów, zostanie nam „ukradzionych”, jak stało się to z Włodzimierzem Wielkim, chrzcicielem Rusi, którego chciała sobie zawłaszczyć Rosja.

Pozostając przy temacie odnoszącym się do historii, nie mogę nie zapytać o stan stosunków polsko-ukraińskich, mając na względzie wydarzenia ostatniego roku. Z pewnością punktem zwrotnym stała się uchwała polskiego Sejmu z lipca 2016 r., w którym Parlament RP określił rzeź wołyńską z 1943 r. jako ludobójstwo. W swojej książce – pochodzącej, przypomnijmy z 2015 r. – pozytywnie ocenił Pan dotychczasowe działania obu państw co do znalezienia kompromisu w sprawie Wołynia. Czy dziś zmieniłby Pan ten fragment swojej pracy?

JM: Polska i Ukraina mają w istocie trudną historię wzajemnych stosunków, choć nie jest to jednak sytuacja w skali europejskiej wyjątkowa – można na Starym Kontynencie wskazać dostatecznie dużo zbliżonych przykładów. Na Ukrainie nie zawsze ludzie rozumieją, że polski Sejm nie doszedł do przyjęcia uchwały o ludobójstwie Polaków na Wołyniu „ot tak” (często mówi się bowiem o nagłym „ciosie w plecy” zadanym przez Warszawę), ale to był stopniowy proces, który został zakończony rzeczoną uchwałą z lipca 2016 r. Trzeba w tym miejscu zaznaczyć, że Ukraina nie odpowiedziała w sposób symetryczny na głos polskich parlamentarzystów, mimo, że to był trudny czas, a łatwo wówczas o impulsywną odpowiedź.

I Warszawa, i Kijów muszą pamiętać, że to Rosja ma szczególny interes w pogorszeniu naszych wzajemnych stosunków, i to temu zagrożeniu należy dziś ramię w ramię przeciwdziałać. W szczególności, należy wypracować jakiś wspólny plan dla działania organów ścigania (policji, prokuratury) w coraz częstszych przypadkach barbarzyńskich ataków na pomniki, poświęcone tak polskim, jak i ukraińskim ofiarom krwawych epizodów z historii naszych narodów, po dwóch stronach granicy. To niewątpliwie bardzo wrażliwa sprawa dla obu społeczeństw. Nie jestem także pewien, czy Polska i Ukraina powinny iść dalej wciąż tym samym utartym schematem – adwokata i jego klienta. Może lepiej byłoby po prostu wprowadzić nieraz nadużywane słowo „partnerstwo” w życie, zwłaszcza, że w chwili obecnej obu państwom trudno o innego, w pełni oddanego i wiarygodnego sojusznika.

Myślę, że nie zdradzę zbyt wielkiej tajemnicy, jeśli powiem, że przygotowuje Pan teraz następną książkę. I tym razem dotyczyć będzie ona kwestii wojny hybrydowej, choć koncentruje się w niej Pan na nieco innym pytaniu: jakie wnioski może Europa wyciągnąć z agresji Rosji? Czy rzeczywiście Europa może zapobiec hybrydowym działaniom Federacji Rosyjskiej, która ta podejmuje raz po raz w czołowych państwach UE? Wreszcie, czego nauczyć powinna nas „lekcja ukraińska”?

JM: Przede wszystkim, Ukraina powinna aktywnie „eksportować” swoje doświadczenie w zakresie działań hybrydowych Kremla – w szczególności do naszych sąsiadów w Europie Środkowej, krajów bałtyckich, Mołdawii, na Białoruś czy Kaukaz. Mówiąc brutalnie, mamy się czym dzielić w tej mierze… Ponadto, warto zrozumieć, że hipotetyczna porażka Ukrainy – jednego z największych państw w Europie – będzie miała niezwykle demoralizujący wpływ na wielu mieszkańców Europy.

Ta nauka jest niezbędna dla skutecznego odpierania rosyjskiej propagandy i swoistej „miękkiej siły” Kremla. Warto sobie wreszcie uzmysłowić, że nawet lojalność władz danego państwa wobec Putina nie gwarantuje jeszcze spokoju i wolności od rosyjskiej agresji. Bądźcie ostrożni wobec nawet „miękkiego” przekazu płynącego z Moskwy – uświadomienie sobie destruktywnej roli jaką odgrywają rosyjskie media jest niezbędne, zwłaszcza, że dziś przekaz proputinowski jest często atrakcyjnie opakowany. Mam na uwadze w tym miejscu tak kanały telewizyjne, jak i rozliczne portale internetowe.

Zapytam na koniec – jaka jest zatem recepta na zwycięstwo w wojnie hybrydowej?

JM: Myślę, że taka możliwość istnieje. Przede wszystkim należy wierzyć w swoje własne siły i nimi – od środka – zmieniać kształt swojego państwa. W czasie kiedy rozpoczynała się agresja rosyjska, Ukraina była państwem słabym. Co ważne, udało się nam przeciwstawić wielkiej Rosji – wbrew zapowiedziom Ukraina nie rozpadła się na kilka kawałków, co nam wieszczono. Kreml to potężny gracz, ale niewątpliwie nie jest on wszechmocny – walka z nim (i zwycięstwo) są całkiem realne.

Dziękuję za rozmowę.


Rozmawiał Tomasz Lachowski

Jewhen Mahda – doktor nauk politycznych, docent i wykładowca na Politechnice Kijowskiej im. Ihora Sikorskiego. Autor książki: „Wojna hybrydowa. Przeżyć i zwyciężyć” (Гібридна війна. Вижити і перемогти) z 2015 r. W lutym ukaże się jego nowa książka poświęcona kwestii wojny hybrydowej, zatytułowana „Agresja hybrydowa Rosji: lekcje dla Europy” (Гібридна агресія Росії: уроки для Європи).

Zaufali nam

© 2017 Koncept All rights reserved. Made by ORDER GROUP