Głosy z Mordoru
Po wielu latach gonienia za pieniądzem i ulotną sławą, za kolejnymi szczeblami w strukturach firmy ludzie zaczynają zwalniać.

Marcin Malec


Rzucam to wszystko i wyjeżdżam w Bieszczady. Pójdę dzisiaj do szefa i złożę wypowiedzenie. 

 

Koniec wstawania o 7 rano. Koniec przedzierania się przez zatłoczone ulice. Koniec słuchania o tym, jakim jestem fantastycznym pracownikiem, ale jak przychodzi do podwyżki, to jednak jeszcze wiele pracy przede mną. Czemu ja to sobie robię? Jest tyle możliwości, tyle okazji, a ja nadal jestem w tym samym miejscu. Brzmi znajomo?

 

Pogoń za utraconymi marzeniami

O ile większość ludzi na tym kończy swoje postanowienia, o tyle są też tacy, którzy zakasują rękawy i słowa przekuwają w czyny. Oczywiście zdarzają się „niewypały” i wtedy taki wojownik wraca do korporacji z podkulonym ogonem, ale life is life – kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. Natomiast tych, którym się udało, z dnia na dzień przybywa coraz więcej. Słyszy się o ludziach, którzy wyjechali na Dominikanę i tam prowadzą działalność turystyczną. Słyszy się o tych, którzy klawiaturę i monitor zamienili na targ warzywny i fartuch.

 

Po wielu latach gonienia za pieniądzem i ulotną sławą, za kolejnymi szczeblami w strukturach firmy ludzie zaczynają zwalniać. Zaczynają dbać o swoje „ja”. Przypominają sobie o pasjach z okresu młodości. Siedząc w pracy po kilkanaście godzin dziennie, zaczynają odczuwać samotność. Ludzie zdają sobie sprawę, że kiedy ich pociecha robiła pierwszy krok, kiedy otrzymała pierwszą szóstkę w szkole, ich nie było w domu, bo albo byli w delegacji, albo gonili za, i tak już wyśrubowanymi, „targetami”. W takich chwilach człowieka dopada życie, które, stojąc tuż za nim, szepcze mu do ucha – Ile jeszcze będziesz tak żyć? Nie widzisz, że gubisz to, co najważniejsze?

 

Va banque!

Justyna Szawłowska przez dziesięć lat pracowała w korporacji. „Zajmowałam się marketingiem w branży nieruchomości. Nie ukrywam, że to nie była moja praca marzeń. Od pierwszego dnia w słynnym Mordorze, czyli okolicach ulicy Domaniewskiej, w mojej głowie kłębiły się pomysły na to, jak skutecznie uciec z korpozagłębia. Z pomocą, niczym grom z jasnego nieba, nadeszło macierzyństwo. To właśnie ono sprawiło, że zagrałam va banque” – tak o początkach czegoś zaskakującego i przełomowego, ale i bardzo ryzykownego opowiada Justyna. Nadeszła ostra jazda bez trzymanki, czyli jedyny w swoim rodzaju projekt wydawniczy o życiu w Mordorze, ale nie tylko – „Głos Mordoru”.

 

Był pomysł, brakowało tylko jednego – równie pozytywnie zakręconej głowy, która ciepłą korpoposadę jest w stanie porzucić na rzecz ryzykowniejszej własnej inicjatywy.

– W pewnym momencie do gry wkroczyła Sisi Lohman, czyli druga ze współzałożycielek „Głosu Mordoru”. Poznałyśmy się przez swoich partnerów, którzy przyjaźnią się od wielu lat. Nie musiałam jej długo namawiać, aby zdecydowała się towarzyszyć mi w rozwijaniu gazety – opowiada Justyna. To było półtora roku temu. Dzisiaj „Głos Mordoru” wydawany jest w nakładzie 20 tys. egzemplarzy, co ciekawe nie tylko w Mordorze, bo zaczyna również z sukcesem podbijać inne dzielnice stolicy. Plany są bardzo ambitne – obecność w całej Polsce.

 

Nie zawsze jednak było tak kolorowo. W dobie cyfryzacji i wszechobecnego internetu, który brutalnie i bez skrupułów wdziera się do naszej codzienności, wydanie gazety papierowej zakrawało na szaleństwo. Sama Sisi mówi otwarcie, że na początku wszyscy dziwili się, drukowanej, bezpłatnej gazecie. To nie powinno się udać. Kluczem do sukcesu było to, co kryło się za gazetą, czyli rzetelność, pasja i odwaga. Może dla wielu te słowa brzmią jak puste frazesy, ale rynek sam weryfikuje pomysły. Mogą być innowacyjne, ale bez odpowiedniego kapitana za sterami, nawet najszybszy statek nie dopłynie do portu.

 

Teraz albo nigdy

Podejmując decyzję o nagłym odejściu z korporacji, trzeba mieć świadomość, że prawdopodobnie nadejdzie jeszcze trudniejszy okres niż dotychczas. Jeden ze start-upowców, z którymi miałem okazję niedawno rozmawiać, porzucił dobrze opłacane stanowisko menadżera ds. IT i wystartował z własnym pomysłem. Wiecie, co go najbardziej zaskoczyło? Nie był to brak zaufania ze strony klientów, opór wśród inwestorów czy zacięta walka konkurencyjna. To, co zachwiało jego dotychczas stabilnym i ułożonym życiem to zarobki. W korporacji zarabiał bardzo dużo. Teraz dokłada z własnych oszczędności, które topnieją szybciej niż lody w czerwcowe, upalne popołudnie. Jednak zapytany o to, czy żałuje, odpowiedział:

– Nie. To była najlepsza decyzja w moim życiu. Spełnianie swoich marzeń, to najpiękniejsza rzecz, jaka mnie spotkała.

Zaufali nam

© 2017 Koncept All rights reserved. Made by ORDER GROUP