Gazeta wyłażąca z trumny
Nie jest wcale idealnie, ale i tak jest fajnie – myślę, że tym szlagierem z „Pingwinów z Madagaskaru” można podsumować sytuację studentów dziennikarstwa.

Pisząc ten felieton, przygotowuję się do spotkania ze studentami poświęconego temu, jak znaleźć pracę w dziennikarstwie. Szczerze mówiąc, gdybym taki panel miał prowadzić pięć lat temu, musiałbym kłamać albo szczerze powiedzieć, że najlepiej zająć się PR-em, pisaniem scenariuszy albo produkcją telewizyjną, bo w dziennikarstwie roboty nie ma i nie będzie. Tymczasem nagle okazuje się, że robota jest. Ci szukają reporterów, tamci szukają kogoś, kto będzie chodził na konferencje, ci pracowników redakcji. Jeśli ktoś potrafi pisać, jest obrotny, to może nie znajdzie pracy marzeń, ale pracę znajdzie. Jak będzie miał dużo szczęścia, to może i na etat. Wszystko to stoi w całkowitej, pełnej i stuprocentowej sprzeczności z tym wszystkim, co o przyszłości dziennikarstwa słyszę od kilkunastu lat i co powtarzają zgodnym chórem medioznawcy, dziennikarze i inne mądre głowy. Gdybyście widzieli kiedyś bardzo znanego dziennikarza, autora dwóch świetnych książek, Igora Janke, jak przychodził na moje zajęcia i informował przerażonych dwudziestolatków, że „źle wybrali”, i żeby „sobie poszukali innego zainteresowania”. A gdybyście widzieli miny tych biednych dzieciaków. I co? Okazuje się, że nie jest z tym wcale tak źle.

Z tego, co pamiętam gazety codzienne miały zniknąć około 2013, no maksymalnie 2015 roku. Potem jeszcze media miały w ogóle zniknąć, bo wszystko przejmą blogerzy, vlogerzy i kanały youtubowe.

Pierwszy raz o tym, że dziennikarstwo się skończy usłyszałem w drugiej połowie lat 90. na studiach, a jakże, dziennikarskich. W związku z wkraczaniem internetu, który wtedy pisało się jeszcze dużą literą i z którego początkowo można było korzystać tylko w jednym budynku na całym Uniwersytecie Warszawskim, nadejść miała „śmierć papieru” i miało to nastąpić w ciągu kilku lat. W międzyczasie nastąpiła wielka erupcja polskiego rynku prasowego. Tytuły rodziły się i rozwijały. Śmierć prasy przypominała relację peerelowskiego aparatczyka, który wyjechał na Zachód i po powrocie zdawał kolegom relację z tego, co tam widział:

- I co, Zachód umiera Towarzyszu?

- Umiera, umiera, zdecydowanie umiera. Ale w jakim stylu!

Definitywna śmierć papieru miała nadejść w 2008 roku kiedy gospodarkę dopadł kryzys, a pierwsi ochotnicy zaczynali używać dość powolnych jeszcze wtedy tabletów. Z tego, co pamiętam gazety codzienne miały zniknąć około 2013, no maksymalnie 2015 roku. Potem jeszcze media miały w ogóle zniknąć, bo wszystko przejmą blogerzy, vlogerzy i kanały youtubowe.

Tak wiem, Drodzy Czytelnicy „Konceptu”, większość z Was nie czyta prasy drukowanej, a duża część do gazet nie zagląda nawet na ekranie telefonu, chyba, że coś im się przypadkowo wciśnie przy okazji włączania Snapchata. Nie zmienia to faktu, że jak rozejrzycie się po ulicach, to zauważycie, że kioski z prasą nadal istnieją. Pewnie drukarnie gazet nie są najbardziej przyszłościowym biznesem i w papierze niedługo niewiele zostanie, ale jak się okazuje ludzie chcą czytać profesjonalną prasę. Czy będą robić to w telefonie, czy może w przyszłości dzięki chipowi wczepionemu w głowę, nie ma większego znaczenia.

Swoją drogą, kiedy zaczynałem studia za najbardziej „chodliwy” kierunek uważano prawo. Potem była ekonomia. Dziś z badań wynika, że absolwenci tych dwóch kierunków mają największe problemy ze znalezieniem pracy. Studenci dziennikarstwa mogą za to szukać pracy choćby w rozmaitych instytucjach jako rzecznicy.

Tak więc przyszłość jest niezbadana, ale jedno można o niej powiedzieć na pewno: z reguły wygląda inaczej, niż wszyscy mówią, że będzie wyglądać.

Zaufali nam

© 2017 Koncept All rights reserved. Made by ORDER GROUP