Emmaus – wysepka świata
Mówi się, że jedna kropla może wydrążyć skałę, jeśli wystarczająco długo będzie spadać w jedno miejsce. Tak samo świat może stać się lepszy, jeśli połączymy wspólne siły, by ofiarować cząstkę siebie i poświęcić czas na pomoc drugiemu człowiekowi. Może właśnie dlatego idea Ojca Piotra, założyciela wolontariatu Emmaus, obecna jest już teraz w 35 krajach na 4 kontynentach.

Jak było? – to pytanie najczęściej słyszymy, wracając z podróży. Zazwyczaj odpowiadamy: świetnie, pogoda dopisała, ludzie byli mili, a widoki i piaszczyste plaże przepiękne lub chwalimy się zdobytymi szczytami czy przetańczonymi nocami. W przypadku wolontariatu Emmaus ciężko odpowiedzieć na to pytanie. Jasne, mogę powiedzieć, że pogoda przez większość czasu dopisywała, ale przy pracy w wielkim zakurzonym magazynie trzydziestostopniowy upał był średnią atrakcją. Czy ludzie byli mili? Tutaj zaczynają się schody, bo wchodząc do zamkniętej komuny, trzeba przejść kilka etapów asymilacji. Gdy przyjechałam, chciało mi się płakać i kombinowałam, jak stamtąd uciec. Po trzech tygodniach, kiedy nadszedł koniec pobytu, łezka zakręciła mi się w oku, bo tak ciężko było opuszczać tamten świat.

Emmaus – jak to się zaczęło?

Gdy widzę, że komuś naprawdę zależy na tym, żebym odpowiedziała, jak było, to zaczynam opowieść od krótkiego tła historycznego. Emmaus założył po II wojnie światowej w 1949 roku ojciec Piotr, który, parząc na biedę, głód i przemarzniętych bezdomnych, zwrócił się do ludzi dobrego serca, by podzielili się tym, czego nie potrzebują np. ciepłymi rzeczami. Ilość darów przerosła najśmielsze oczekiwania, co dało impuls do dalszych działań. Obecnie wspólnot Emmaus jest około 300, znajdują się na 4 kontynentach w 35 krajach i wprawdzie różnią się od siebie, ale jednak wszystkie bazują na tych samych podstawach: praca, solidarność i poczucie bycia potrzebnym. W uproszczeniu mówiąc, do wspólnoty może wejść każdy, jednak na początku działalności Emmaus mieszkańcami komun czyli kompanionami (compagnon, z fr. kompan, współtowarzysz) mogli być tylko mężczyźni, co pozostawiło swoje pokłosie. We wspólnocie, do której trafiłam była tylko jedna kobieta kompanion, 19-letnia dziewczyna, która mogła tam przebywać dlatego, że przyjechała razem ze swoim partnerem. Może to się wydawać niesprawiedliwe, jednak po moich doświadczeniach wiem, że samotnej kobiecie trudno jest spędzać codziennie kilkanaście godzin pośród pięćdziesięciu mężczyzn.

Emmaus przyjmuje każdego: bezdomnego, bezrobotnego, ludzi na życiowym zakręcie.

Różnorodność pod jednym dachem

Gdy przyjechałam do Wspólnoty, okazało się, że jest zupełnie inaczej, niż to sobie wyobrażałam. Prawie w ogóle nie było młodych osób, wspólnota znajdowała się dobrych kilka kilometrów od miasta, które przy rekrutacji widniało jako miejsce mojego pobytu, a kilkadziesiąt par męskich oczu zwróconych na pocieszne dziewczę w czerwonych okularach początkowo napędziło mi stracha. Po pierwszym szoku i poczuciu wyobcowania wrosłam we wspólnotę, próbując maksymalnie wykorzystać ten wyjazd. Wśród kompanionów były osoby różnej narodowości (nawet jeden Polak), o różnym kolorze skóry i w różnym wieku. Większość mówiła po francusku, jednak w przypadku wielu z nich francuski ten dalece odbiegał od tego, którym posługiwałam się na uniwersytecie. Inni mówili jedynie po angielsku, ale mimo to stanowili integralną część wspólnoty.

Wolontariat na wariackich papierach

Znalazłam się tam dość przypadkowo. Całkiem świadomie chciałam pojechać na wolontariat do Francji, jednak na Emmaus zdecydowałam się spontanicznie. Zaufana francuska organizacja w Warszawie wśród różnych propozycji polecała właśnie tę wspólnotę. Wystarczyło wypełnić internetowy formularz, wybierając trzy miejsca (spośród ponad dwudziestu) i podając datę. Od siebie musiałam napisać tylko krótką wiadomość. Bardzo chciałam pojechać do Marsylii, jednak pokierowano mnie na północny-wschód czyli do Metz, a prawdę mówiąc, do miasteczka Peltre oddalonego stamtąd o ok. 7 km. Dziwne wydawało mi się to, że tak naprawdę nie chcą ode mnie żadnych szczegółów, nawet zdjęcia. Do ostatniej chwili nie byłam pewna, czy szalony pomysł samotnego wyjazdu do kraju tuż po atakach terrorystycznych, z cząstkowymi wiadomościami od organizatorów nie jest, nawet jak na mnie, zbyt wariacki. Mimo wszystko postanowiłam spróbować i wsiąść do autokaru jadącego 26 godzin, by dotrzeć do wysepki świata, czyli zamkniętej wspólnoty żyjącej jakby obok normalnej rzeczywistości.

Kiedy przyjechałam do wspólnoty Emmaus, jeden kompanion nazwał mnie turystką. Wyjeżdżając, nadal nią byłam, jednak czułam, że dałam tym ludziom część siebie.

Jedz, módl się (jeśli chcesz) i pracuj

Skoro Emmaus założyła osoba duchowna, sądzimy, że wspólnoty mocno przywiązują wagę do religii. Zdziwiłam się, kiedy na wstępie, mimo że nie pytałam, dyrektor oznajmił mi, że tutaj nikogo nie obchodzi, czy wierzę i w co wierzę. Oprócz obrazów z podobizną ojca Piotra nie było żadnych śladów religii. Kilka osób w niedziele udawało się na msze, inni w soboty chodzili do synagogi, co w języku kompanionów oznaczało wyjście na piwo. Na terenie należącym do Emmaus trzeba było przestrzegać kilku reguł, w tym niespożywania alkoholu. Podstawowym warunkiem życia w komunie jest praca. Emmaus przyjmuje każdego: bezdomnego, bezrobotnego, ludzi na życiowym zakręcie i daje wszystko to, co jest niezbędne do życia: pokój, wyżywienie, ubranie i drobne kieszonkowe (naprawdę bardzo drobne), jednak pod warunkiem, że będziesz pracować. Jeśli przestrzega się reguł, można żyć we wspólnocie tak długo, jak tylko się chce. Podczas swojego pobytu byłam świadkiem swoistej banicji, czyli wygnania kompaniona, który po nielegalnym spożyciu alkoholu dał upust agresji, wymierzając cios czarnoskóremu koledze. W Emmaus każdy dobrze wie, kto jest kim i na co można sobie pozwolić. Oprócz kompanionów pieczę nad organizacją sprawuje dyrekcja i zarząd. Poza nimi są też osoby pracujące podobnie jak oni, ale zatrudnione na umowę i niemieszkające na terenie komuny. Niełatwo kierować życiem wspólnoty. Trzeba kontrolować samopoczucie i pracę kompanionów, zapobiegać ewentualnym konfliktom i reagować na ich potrzeby. Oprócz tego sam mechanizm funkcjonowania Emmaus wymaga dużej sprawności organizacyjnej. Tak jak w pierwszych latach od założenia organizacji, tak i teraz działa ona dzięki darom. Ludzie przynoszą różne niepotrzebne im rzeczy: ubrania, sprzęty domowe, urządzenia elektryczne. My to naprawiamy, czyścimy i w atrakcyjnej cenie sprzedajemy w ogromnym magazynie znajdującym się na terenie komuny. Sporo rzeczy nie nadaje się do użytku, jednak większość „śmieci” idzie do recyklingu, na którym Emmaus również zarabia.

Nie tylko wakacyjna przygoda

Mimo tego, że byłam w Emmaus Peltre tylko trzy tygodnie, poczułam się częścią tej wspólnoty. Jako wolontariuszy traktowali nas tam dosyć ulgowo. Pracowaliśmy mniej niż pozostali, a w wolne dni podróżowaliśmy (koszty biletów zwracała nam komuna). Jechałam tam z dwóch powodów: żeby zrobić coś dobrego i żeby podszkolić swój francuski. Na miejscu okazało się, że organizacja funkcjonowałaby tak samo i bez mojej pomocy, jednak dzięki nam – młodym wolontariuszom, których nikt nie zmuszał do przyjazdu, osoby żyjące w komunie mogły poczuć, że świat o nich nie zapomniał. Kiedy przyjechałam, jeden kompanion nazwał mnie turystką. Wyjeżdżając, nadal nią byłam, jednak czułam, że dałam tym ludziom część siebie, a tego nie da się doświadczyć na wycieczce all inclusive.

Zaufali nam

© 2017 Koncept All rights reserved. Made by ORDER GROUP