Charakterne ferajny
Zmroku, który był największym sprzymierzeńcem rzezimieszków grasujących po miastach i miasteczkach dawnej Polski.

Mateusz Zardzewiały


Przechodzień mógłby dostrzec w oddali tylko żar tlących się papierosów. Mógłby, gdyby był na tyle nierozsądnym człowiekiem, by zapuścić się do któregoś z miejskich ogrodów będących solidnymi przyczółkami dla niezbyt solidnych przestępców. Szczególnie po zapadnięciu zmroku.

 

Zmroku, który był największym sprzymierzeńcem rzezimieszków grasujących po miastach i miasteczkach dawnej Polski. A tych było niemało. Szef głównej komendy policji Wiktor Hoszowski u progu lat 20. XX wieku mówił w wywiadzie dla „Kuriera Warszawskiego”: „Bandytyzm wzrasta stale z rozmaitych powodów, a mianowicie: skutkiem masowych zwolnień ze służby wojskowej, bezrobocia, trudnych stosunków ekonomicznych, dezercji z wojska, wreszcie całej masy przybyszów obcych, rekrutujących się przeważnie spośród mętów społecznych”..

 

Złodziejaszkowie

Samo słowo „rzezimieszek” dziś wydaje się określeniem niewinnym, jakby wyjętym wprost z komiksu. Tymczasem w odległych czasach oznaczało ono złodzieja, który najzwyczajniej w świecie odcinał swoim ofiarom noszone przy pasie mieszki z pieniędzmi. Jak widać dzisiejszy „rzezimieszek” ma już niewielki związek z typem człowieka, od którego wyrosło to określenie. Nie ma w tym nic dziwnego, w końcu złodziejskie specjalności również muszą nadążać za upływem czasu. Niektóre z nich odchodzą jednak jako relikty minionych epok.

 

Taki los spotkał np. bardzo uciążliwą kategorię przestępczego rzemiosła jaką była kradzież koni oraz – co naturalne – jej wykonawców, koniokradów. A ci byli surowo karni, również bezpośrednio przez samych poszkodowanych. Jak podaje Stanisław Milewski w swojej książce „Szemrane towarzystwo niegdysiejszej Warszawy”: „Chłopi walczyli więc z koniokradami na własną rękę. I tak – kiedyś chłopi z powiatu Radzymin zatłukli złodzieja kłonicami. Dwóch z nich skazano na 8, trzech na 3 miesiące wieży, czyli najłagodniejszego więzienia”.

 

Rolnicy byli jedną z głównych grup społecznych, która padała ofiarą tego typu przestępstw. Kradziono im wierzchowce – często włącznie z bryczką lub wozem – gdy po załatwieniu spraw w mieście zatrzymali się w jednym z szynków na małe co nieco. Jednak ten sposób wydaje się dość banalny, a przecież złodzieje to często ludzie z fantazją. Miewali więc również cokolwiek bardziej brawurowe sposoby na pozbawienie swoich ofiar cennego zwierzęcia. Niejednokrotnie zdarzało się, że wracający z miejskiego targu woźnica zmrużył na trakcie oczy i drzemał na wozie. Wówczas przestępcza szajka dzieliła się na dwie grupy, z których jedna pchała wóz, a druga odcinała od niego konie. Po operacji złodzieje natychmiast się ulatniali, a chłop mógł już tylko szpetnie zakląć.

 

Gang w Warszawie

To był przykład dość prymitywnej, często krótkoterminowej współpracy szemranych typów. Tymczasem do międzywojennej Polski napływały nowości z szerokiego świata, w tym również zza oceanu. Już w latach 20.w Warszawie działała grupa przestępcza zorganizowana na wzór amerykańskich gangów. Hersztem bandy był Łukasz Siemiątkowski ps. Tasiemka. Głównym terenem ich działalności było największe targowisko ówczesnej Warszawy – popularny Kercelak. Zastraszano tam kupców i pobierano od nich haracze.

Jakie warunki w realiach międzywojennej Polski umożliwiły Tasiemce wdrożenie tego amerykańskiego modelu prowadzenia działalności przestępczej? Czynnikiem kluczowym była niewątpliwie sama postać Siemiątkowskiego. Przed odzyskaniem przez Polskę niepodległości Tasiemka był zaprawionym w boju działaczem PPS, został nawet skazany przez Niemców na śmierć przez rozstrzelanie, ale chwilę po zapadnięciu wyroku zakończyła się Wielka Wojna, a więc i niemieckie panowanie w Warszawie. W rozmowie z dziennikarzem „Tajnego Detektywa” Siemiątkowski mówił: „Miast pod kasztan poszedłem na wolność. Tak, panie, to bywało. Robiło się wiele, a człowiek nie pamięta, ilu szpiclów carskich i niemieckich sprzątnął”.

 

Ta patriotyczna działalność w II RP przyniosła mu wymierne korzyści, jakie dawało posiadanie wielu wpływowych przyjaciół – Spokój, porządek i bezpieczeństwo straganów Kercelaka spoczywa na dyskretnych chłopcach Tasiemki – wspominał minister spraw wewnętrznych Felicjan Sławoj-Składkowski. A doskonale wiedział o czym mówi – gdy warszawskie andrusy „skroiły” mu portfel, w którym oprócz pieniędzy znajdowały się ważne dokumenty, to właśnie zawiadomiony o tej niezręczności Tasiemka, korzystając ze swojej wyjątkowej pozycji w światku przestępczej Warszawy, błyskawicznie pomógł odzyskać skradzioną „skórę” (jak w slangu określano portfel). Oczywiście bez gotówki, którą – za zgodą Sławoja-Składkowskiego – zachował opryszek.

 

A jakim człowiekiem był sam Tasiemka? Czy to ktoś na wzór postaci dona Corleone znanego z powieści Maria Puzo „Ojciec chrzestny”? Czy wręcz przeciwnie, pospolity bandzior? Oddajmy głos Jerzemu Rawiczowi, biografowi Siemiątkowskiego: „Pół analfabeta, ledwie umiejący się podpisać, brat łata, odprawiający swe sądy w knajpach wolskich czy powązkowskich, zlumpowany proletariusz o drobnomieszczańskiej elegancji w połączeniu z niebywałym prymitywem, postrach i mediator kupców z Kercelaka”.  Oto Tasiemka.

 

 Ostatecznie ręka sprawiedliwości sięgnęła i w jego kierunku. Początkowo Siemiątkowski został skazany na 3 lata więzienia, lecz Sąd Apelacyjny zmniejszył wymiar kary do 2 lat. Jednak Tasiemka nawet tyle nie spędził w więzieniu – został ułaskawiony przez prezydenta. Dowodzi to jego wysokiej pozycji w świecie ówczesnych elit politycznych.

 

Postrach bankierów

Banda Tasiemki to mimo wszystko zbiorowisko przestępczych prymitywów. Prawdziwą szemraną arystokracją byli kasiarze. „Magnatem” wśród nich, a przynajmniej najbardziej sławną postacią ze środowiska, był Stanisław Cichocki, lepiej znany w szerokich kręgach ówczesnego półświatka pod pseudonimem Szpicbródka. Kim był ten człowiek? Niech wypowie się o nim Henryk Lange, funkcjonariusz urzędu śledczego policji, który zawodowo zajmował się działalnością przestępczą Cichockiego: „Podczas wytężonej pracy w postępowaniu osaczania przestępcy, którego inteligencja mogła zaimponować, zadawałem sobie niejednokrotnie pytanie kim był Szpicbródka w rzeczywistości. Z jego różnych powiedzeń, z jego zachowania, sposobu bycia, choćby nawet podczas przesłuchań w Urzędzie Śledczym, doszedłem do wniosku, iż Szpicbródka stworzył wokół własnej osoby jakieś wyobrażenie wielkiego przestępcy, dżentelmena włamywacza, bohatera własnej powieści, którą realizował w życiu”. 

 

Ta powieść z pewnością nie była nudnym romansem dla pensjonarki! Bo Cichocki był autorem wielu przeprowadzonych z brawurą złodziejskich akcji. Niektóre z nich przeszły do historii kryminalistyki, jak np. operacja przedostania się do bankowego skarbca w Rostowie. Przestępcy wynajęli piwnicę znajdującą się naprzeciw instytucji finansowej. Tam był punkt początkowy podkopu, który biegł pod ruchliwą ulicą i kończył się w bankowym skarbcu. Skarbcu, z którego szajka zrabowała ogromny łup.
Szpicbródka był jednym z ojców niesamowitej legendy, jaką otoczeni byli kasiarze. A elementami tej legendy były m. in. szczera sympatia ze strony zwykłych obywateli, niebywały szacunek, jakim darzyli ich zawodowi przestępcy innych specjalności, a nawet respekt ze strony stróżów prawa – gdy na terenach cesarstwa rosyjskiego dochodziło do dokonanego z rozmachem i profesjonalizmem nieautoryzowanego otwarcia skarbca, carska policja zakładała, że jest to zapewne robota „warszawskich worów”.

 

Koniec epoki

Współcześnie wiele z tych, tak barwnych, jak dotkliwych, przestępstw wygląda niczym kadr z wesołego filmu z pogranicza kryminału i komedii. Bo i historia niejednego skoku to gotowy scenariusz na kinowy hit – niczym życie-powieść, którą swoją biografią pisał Szpicbródka.

Zaufali nam

© 2017 Koncept All rights reserved. Made by ORDER GROUP