Ból przybytku
Zagościł w moim domu jakieś 30 lat temu. Naiwna rodzina, która zrzuciła się i za wszystkie oszczędności kupiła go 10-latkowi, wierzyła – zdaje się – naiwnie, że dzięki temu pchnie cywilizację do przodu.

Przecież nawet w przaśnym PRL-u, gdy wędlina była na kartki, gdy po suszarkę stało się w wielogodzinnej kolejce, a Polacy zarabiali ekwiwalent dolarowy zarobków mieszkańców Trzeciego Świata, nawet wtedy w piśmie „Bajtek” związanym z redagowanym przez Aleksandra Kwaśniewskiego „Sztandarem Młodych” można było przeczytać, że nadchodzi era komputeryzacji, bębniono o tym w telewizji i radiu. Nawet jak się nie lubiło komunistów, to informatyzacja była ponad tym.

Era komputeryzacji i informatyzacji owszem nadeszła, ale posiadający 48 kilobajtów pamięci RAM i pozbawiony dysku twardego Timex nie spełnił zadania. Nie wciągnęły mnie cyferki, żółw (cholera wie co to było, ale było to bardzo ważne, cały „Bajtek” był o żółwiu), programy. Za to przez dobre półtora roku z kumplami podłączaliśmy do niego polski magnetofon Kapral oraz czarno-biały telewizor Unitra i graliśmy w gry kupowane na kasetach w sklepie przy Emilii Plater podczas wizyt w Warszawie. Najlepsza była o sabotażyście, który biegnie po skomplikowanym budynku, zabija psy i strażników, by finalnie podłożyć bombę i uciec. Coś na czasie. W sumie pewnie robilibyśmy tak dłużej, gdyby nie to, że w dziecięcym programie „Teleranek” zaczęto wyświetlać mecze NBA, a po 1989 nastąpiła wprost eksplozja mody na nieznanych wcześniej dwuipółmetrowych Murzynów wkładających piłkę do kosza od koszykówki tak jak normalny człowiek wyrzuca śmieci do ulicznego kosza. Timex wylądował w szufladzie, a zastąpiła go bordowa piłka Spaldinga. Jakieś kolejne dwa lata były z głowy (choć i w koszykówkę nigdy nie nauczyłem się grać porządnie).

Gdzieś w czeluściach mojego rodzinnego domu musi tkwić jeszcze zdarta piłka i zakurzony komputer o mocy obliczeniowej tysiąc razy mniejszej niż urządzeń montowanych dziś w bardziej wylansowanym obuwiu sportowym.

Gdzieś w czeluściach mojego rodzinnego domu musi tkwić jeszcze zdarta piłka i zakurzony komputer o mocy obliczeniowej tysiąc razy mniejszej niż urządzeń montowanych dziś w bardziej wylansowanym obuwiu sportowym. Przypomniało mi się o nich przy okazji ostatniej soboty, kiedy wyjątkowo, naprawdę wyjątkowo, miałem cały dzień wolny. Co zjeść? Włoskie, francuskie czy meksykańskie? A może zupę tajską zrobić, tylko po trawę cytrynową trzeba iść do sklepu bo się skończyła? Na tego rodzaju rozterkach spędziłem jakąś godzinę. Z filmem jeszcze trudniejsza sprawa. Kablówka, Netfix, YouTube, VOD, różne playery, co do diabła wybrać? Czy to, co włączę, na pewno zaspokoi mój jakże przecież wyrafinowany gust w sobotnie popołudnie? Przecież nie chcę zmarnować czasu. W ten sposób zmarnowałem właśnie prawdopodobnie czas niezbędny do obejrzenia filmu.

Basen, a może bieganie lub tenis albo siłownia, wszystko pod ręką, rzut beretem od domu. Tylko co wybrać? Męczy mnie alergiczny kaszel, czy to na pewno najlepszy pomysł, by dziś ruszać się z fotela? A może podjadę do sklepu i kupię wreszcie konsolę? W końcu sięgnąłem po książkę. Też nie było łatwo, bo pod ręką i o bankowych przekrętach w PRL-u, i o Słowianach coś przysłali, ale ja sięgnąłem w końcu po „Dwudziestolecie od kuchni – kulinarna historia przedwojennej Polski”. Jest tam między innymi opowieść pani, która wspomina, że jej rodzina w tygodniu na śniadania zawsze jadała chleb z masłem (wędliny, cieniutkie plasterki, były zarezerwowane na weekend). Jedzono biały i czarny chleb i do niego zawsze to samo masło, kupowane od chłopów i zawinięte w liście chrzanowe, by dłużej było świeże. To były ponoć najlepsze śniadania świata.


Polecamy artykuł:

Zatańcz z prababcią

Zaufali nam

© 2018 Koncept All rights reserved. Made by ORDER GROUP