Bezgraniczność absurdu
- Co tam robisz w tej łazience? - Zęby myję. - Zęby? A po co? Przecież nie są ze złota.

Stasia Budzisz-Cysewska


Rosja to królestwo Gazpromu, ale Jan Karbownicki na wszelki wypadek dom zbudował przy żółtej rurze. Po co kusić los? Jego kolega na przyłączenie do sieci gazowej czeka już ładnych kilka lat i choć dom stoi w pięknym miejscu, to zimą ogrzać się nie może rosyjskim błękitnym złotem. To po pierwsze. Po drugie, kolega o brak dostępu do gazu oskarża Amerykę. To przecież jasne, że Ameryka robi wszystko, by Iwan w Adygei nie miał w domu ciepło.

Istnieje taki świat, w którym nie należy zastanawiać się nad logiką. Jego mieszkańcy twierdzą, że ona nie istnieje. Aby żyć, idą z prądem, bo myślenie i zdrowy rozsądek mogą stać się przyczyną rozstroju nerwowego. I to w najlepszym przypadku. Kaukaski mikroklimat to mieszanka dżygitów wyposażonych w ułańską fantazję z, narzuconą im siłą, ruskością, sowieckością czy wreszcie rosyjskością. Dlatego też, wygląda na to, że absurd nie zna tu granic.

Niczewo!

Rosjanie mają niezwykłe poczucie humoru i własnej wartości. Przy czym to drugie zawsze stawiają na pierwszym miejscu. Choć istnieje przekonanie, że Kaukaz to nie Rosja, to rosyjska telewizja dociera i tu. Pani w Kabardzie z dworcowego kiosku z bułkami na hasło: „z Polski” nie powstrzymuje się od komentarzy o wstaniu z kolan i pokazaniu całemu światu potęgi Rosji. Lezgin z Dagestanu odpalaną śrubokrętem ładę okleja radosnym hasłem: „KRYM NASZ!”. Ma szczęście, stać go na samochód. Reszta podróżuje po południowych krańcach Imperium autobusami marki Ikarus, które lata świetności mają już dawno za sobą. Przemieszczenie się z republiki do republiki zajmuje obywatelom wiele godzin na wysiedzianych fotelach z wysłużonymi zagłówkami. Patrzą przez porysowane szyby i oglądają wielkie przestrzenie. Kiedy obywatela oślepia słońce, może ulżyć sobie firanką, która pamięta czasy Gorbaczowa. Kierowca w dosztukowanym radio puszcza ruską popsę i bez litości odpala papierosa od papierosa. Bywa, że Ikarus się zepsuje. Wtedy trzeba czekać. Na mechanika, na klucz do zmiany koła, na nowy autobus. Obywatele się nie dziwią i nie kłócą. Czekają. „Niczewo, podożdjom”. Są przygotowani na taką ewentualność. Wyciągają z toreb kanapki, termosy, pirożki. W podróży trzeba być cierpliwym.

Powaga

Imperium dba, by obywatel się nie zasiedział, nie stracił czujności, jakimś przypadkiem nie zapadł w sen. Zorganizowało dla niego przystanki. Obywatel może wtedy wyjść i rozprostować kości, zapalić papierosa. Musi tylko przejść przez bramki do wykrywania metalu, pokazać paszport do kontroli i odpowiedzieć na pytania: skąd, dokąd, dlaczego. Z tym paleniem też nie jest tak łatwo. Musi być czujny, lepszy niż policjanci, którzy wyszli na ochotę (polowanie). Palić można, ale w specjalnych zonach. Jednak tylko stali podróżnicy wiedzą, gdzie one się znajdują. Choć bywa, że na potrzebę policji zona może się przemieścić. Policjanci pojawiają się nagle, działają z zaskoczenia. Zawsze skutecznie. Nie ma z nimi szans. Są w mundurach, a do munduru należy odnosić się z szacunkiem. Z uważeniem. Z Wielką Powagą. Do Władzy nie można się uśmiechać, bo Władza to nie przelewki. Władza ma wzbudzać strach i poczucie niższości. Choć warto jest mieć w kieszeni kilka dolarów, wtedy – z należytą powagą – można się uśmiechnąć, zmniejszyć na chwilę dystans.

Najgorzej jest trafić na komisariat. Tam można poczuć Władzę na własnej skórze. Po pierwsze – swoje trzeba odczekać. Na szczęście na ścianach wisi portret Wodza. Człowiekowi od razu robi się lżej na sercu, gdy widzi znajomą twarz. Po drugie – swoje trzeba wysłuchać, na pytania odpowiedzieć, kieszenie opróżnić, okazać wszelkie dokumenty. Po trzecie – nie można się bać. To znaczy można, a nawet należy, ale trzeba to ukryć. Strach działa na naszą niekorzyść.

1

Zapad

O ile, jak twierdzi Wiktor Jerofiejew, Moskwa jest bardziej zachodnia niż sam Zachód, o tyle zachodniość na południowym krańcu Imperium mierzy się euroremontem. Nie wiadomo z jakich przyczyn pomalowanie ścian na biało, wymiana okien na plastykowe i biały montaż w łazience nazywa się remontem europejskim. Ale się nazywa. Ważnym, jeśli nie najważniejszym, a już na pewno koniecznym, jest pozostawienie naklejek na oknach, sprzętach i ceramice. To oznaka świeżo zakończonej pracy. Zapach nowości.

Ale Zachód to przecież nie tylko wnętrze, ale także to, co na zewnątrz. A na zewnątrz musi być błysk. I szyk. Szkło, stal i beton – tak dziś wygląda Adler, miejsce, w którym częściowo odbyła się Zimowa Olimpiada w 2014 roku. Nie ma znaczenia, że pieszy ma problem z poruszaniem się po ulicach ze względu na wysoce rozbudowaną infrastrukturę drogową. Nie ważne, że z tej samej przyczyny kierowcy nie mają gdzie zaparkować. Nie ważne wreszcie, że z okien niektórych mieszkań można niemalże dotknąć asfaltu estakady. Ważne, że Adler robi wrażenie. A ono się nasila.

Doznania

Imperium od początku istnienia kolejnictwa miało imperatyw stawiania okazałych budynków dworcowych. Takich, by przyjezdny od razu poczuł się przytłoczony imperialną wielkością. Dworzec w Adlerze taki właśnie jest. Wielki jak stołeczne lotnisko. Ze sklepami, barami, apteką, olbrzymim parkingiem i informacją o dworcu. Przecina ulicę Lenia na pół, broni dostępu do nadmorskiej promenady i przygniata to niegdyś urokliwe miasteczko swoją imperialną rolą. Ale tak nada! (trzeba).

To właśnie tu inostraniec, zainteresowany sportem, zetknął się z Rosją po raz pierwszy. Tu miał się nią zachłysnąć i zachwycić. Nie miał wychodzić na ulicę. Wszystko zaplanowane zostało tak, by wsiadł do pociągu i pomknął od razu do gotowego, pachnącego świeżością rosyjskiego Davos – Krasnej Polany. A jak już musiał do Adleru, to taksówką prosto do miasteczka olimpijskiego. Też świeżynki. Koszty Soczi 2014 w trakcie przygotowań wzrosły trzykrotnie. Olimpiada pochłonęła 60 mld dolarów. Ale to święto przecież, a na świętach nie można oszczędzać. Przyjadą goście, będzie delegacja, „a jak jest delegacja to musi być obiad” – pisała Hanna Krall o Imperium.

Soczi to miś na miarę naszych możliwości, jak mówi pan Redaktor.

Piotr Wielki

Imperium nie może oszczędzać na promocji swojej wielkości. Choć czasem musi. Kiedy okazało się, że w budżecie nie ma tyle pieniędzy, by obchodzić 5 000 rocznicę założenia miasta Derbent, na południu Dagestanu, nie przejęto się tym za bardzo. Uznano, że 2 000 lat to też dobry wynik i w zasadzie taki można uczcić. Wyliczono więc z budżetu odpowiednie kwoty, które rozdysponowano w takich proporcjach, by Derbent mógł w 2015 roku obchodzić swoje 2 000 urodziny. Nieprzypadkowo zbiegło się to w czasie z ważnym dla Rosji wydarzeniem, mianowicie – otwarciem Domu Muzeum Piotra I w tym nadkaspijskim miasteczku.

A z muzeum było tak...

Kiedy Rosja w XVIII i XIX wieku starała się skolonizować Kaukaz, robiła wszystko, co w jej mocy, by udowodnić swą wielowiekową obecność na tej ziemi. Z tamtego czasu zachowała się pamięć o lepiance (zemliance) Piotra I, w której car miał rezydować w 1722 roku, kiedy walczył z Persami. Wszystko trzymałoby się kupy, gdyby nie polski zesłaniec, Mateusz Gralewski, który we wspomnieniach z 1851 roku pisze, że ową lepiankę dwadzieścia lat wcześniej zbudowali żołnierze dla garnizonowych ogrodników. To właśnie w tym miejscu 23 lipca 2015 roku otwarto Muzealnyj kompleks – Dom Piotra I. Nie trzeba dodawać, że Derbent jednocześnie ogłoszono najstarszym rosyjskim miastem, a meczet Dżuma z VIII wieku – najstarszym rosyjskim (sic!) meczetem.


Polecamy artykuł:

Na rozdrożu Ukrainy

Zaufali nam

© 2018 Koncept All rights reserved. Made by ORDER GROUP