Bądźcie poetami i generałami w jednym
O pisarskiej intymności, żelaznej konsekwencji i świrach w głowie w rozmowie z Marcinem Malcem opowiada królowa polskiego kryminału, Katarzyna Bonda, jedna z najbardziej poczytnych polskich pisarek. Jej książki nie tylko podbijają nasz rodzimy rynek, ale i za granicą czują się coraz lepiej. Jest autorką takich bestsellerów jak: „Pochłaniacz”, „Okularnik” czy „Lampiony”. Twórczynią fantastycznej sagi o Hubercie Meyerze. Zachwyciła wszystkich swoją skromnością, która niczym nie ustępuje jej odwadze i pewności siebie.

Autorytet – dla jednych osoba, która każdego dnia odmienia szarą rzeczywistość, dla innych nadal słowo niezrozumiałe, nieodkryte. Ci, którzy w życiu odnaleźli swoich mentorów mogą śmiało uznać się za szczęściarzy, bo znaleźć prawdziwy autorytet, który będzie nie tylko drogowskazem, ale i motywacją do pracy nad sobą jest niezwykle trudno. Ja mam to szczęście. Jednak nie tylko odnalazłem swój autorytet, ale również miałem okazję odbyć z tą osobą niezwykle inspirującą rozmowę.

Marcin Malec: Czy można w dzisiejszych czasach żyć z pisania książek i z podniesioną głową mówić, że jest się pisarzem?

Katarzyna Bonda: Ja żyję dostatnio i nie mogę narzekać w tej kwestii. Jestem obecnie w takim momencie życia, że mogę śmiało tak powiedzieć. Jestem wręcz z tego dumna. Jednak to nie ma znaczenia, bo pisałam książki, także kiedy byłam w kompletnej biedzie. Dla pisarza najważniejsze jest to, aby miał każdego dnia przestrzeń wolności, którą zapewniają pieniądze. To nie jest też tak, że ja się tym chełpię. Sukces w Polsce jest zbrodnią, a ja często dostaję po głowie za to, że otwarcie o nim mówię. Wydając pierwszą książkę – „Sprawę Niny Frank” – nie myślałam o pieniądzach i tak naprawdę do dzisiaj, pisząc każdą kolejną książkę, o nich nie myślę. Pieniądze dają wolność, niezależność, ale nigdy nie pracowałam dla nich.

Nigdy się nie poddawajcie. Na wszystko jest odpowiedni moment. Czasem książka musi odczekać swoje, posiedzieć w nas.

Dlaczego porzuciła Pani dziennikarstwo na rzecz kariery pisarskiej?

To jest rzecz bardzo złożona. Nie było takiego jednego momentu, w którym postanowiłam, że zostanę pisarką i następnego dnia to się ziściło. Byłam spełnioną dziennikarką, bo wszystko, co w życiu robię musi być poparte takim poczuciem pewności. Jestem trochę człowiekiem obsesyjnym – nie jestem w stanie robić kilku rzeczy naraz. Robię tylko jedną, ale poświęcam wtedy nawet swoje zdrowie, czas, energię, dosłownie wszystko.

Media w pewnym momencie zaczęły się zmieniać. Gdy zaczynałam, ten świat był całkowicie inny z bardzo prostej przyczyny – nie było nowych technologii. Byłam głównie dziennikarką prasową, więc papier towarzyszył mi od samego początku. Dopiero pod koniec przeszłam do telewizji. Uważam, że to, co napisane jest nieśmiertelne, a to, co np. widzimy w telewizji jest tylko i wyłącznie przestrzenią, która może zniknąć.

Kiedy ja się szkoliłam, panował jeszcze etos dziennikarski. Zajmowałam się reportażem, a jak dobrze wiemy, dzisiaj reportażu już nie ma. Wszyscy moi znajomi z tamtego okresu mówią, że w odeszłam dobrym momencie. Teraz i tak bym to zrobiła, bo ja się po prostu przestałam mieścić w tych ramach. Wierzę w to, że kiedy komuś coś nie gra, przeszkadza, to trzeba odejść. „Należy wiedzieć, kiedy ze sceny zejść”.

1

… i zaczęła Pani wchodzić na nową scenę, scenę książki.

Zawsze pisałam dla ludzi, zarówno wtedy, kiedy byłam dziennikarką, jak i teraz, kiedy jestem pisarką. Chciałam opowiadać historie, odsłaniać prawdę. Pierwszą książkę zaczęłam pisać, żeby nie zwariować. Robiłam to tylko dla siebie, na zasadzie higieny psychicznej. Nie wiem skąd miałam taki rodzaj mądrości. Nie byłam wtedy osobą mocno doświadczoną przez los. To była pewnego rodzaju intuicja, którą każdy z nas ma i którą należy się kierować w życiu. W pracy pisarza potrzeba wytrwałości, dyscypliny, konsekwencji, czyli tego wszystkiego, co jest potrzebne maratończykom. To nie jest sprint.

W takim razie pójdźmy o krok dalej. Gdyby nie pisanie, to co?

Jako dziecko nigdy nie myślałam, że będę pisarką. Miałam być pianistką. Od piątego roku życia grałam, występowałam. Największą przyjemność sprawiało mi dopracowywanie utworów do perfekcji. To marzenie nigdy się nie spełniło, bo kiedy zwierzyłam się mojej pani profesor, że chcę iść do akademii muzycznej, to uświadomiła mnie, że ja się nie nadaję do występów. Spalam się na scenie, przestrzeń bycia showmanem nie jest moja. To, co teraz robię jest dokładnie tym, co sprawiało mi radość w muzyce – książkę piszę w samotności, wymaga to tych samych kompetencji, co przygotowanie utworu.

Czy w dzisiejszych czasach można zadebiutować „bez pleców” i znajomości?

Oczywiście, że tak. Wszystko, co mam, zawdzięczam swojej pracy. Nigdy nie korzystałam ze znajomości, a to z prostej przyczyny – jestem dziewczyną z małego miasteczka, z Hajnówki. Wyjeżdżając stamtąd, mogłam liczyć tylko na siebie i swoją merytorykę. Ja też po prostu nie wierzę w takie znajomości. Uważam, że każdy pisarz musi zaliczyć swoje doły, musi pobyć w studni. To go ubogaca i sprawia, że staje się olbrzymem. Zaczyna wierzyć w to, że jest pisarzem i rzeczywiście ma coś do opowiedzenia. Tego nie można nikomu dać.

Całą swoją rzeczywistość podporządkowałam pisaniu. Nie potrafię inaczej żyć. Nie jest to przyjemne ani miłe dla nikogo.

Nie jest tajemnicą, że przykłada Pani bardzo dużą wagę do researchu, jak ja to określam – do „pracy rzemieślniczej”. Czy doświadcza Pani również tak bardzo pożądanego przez pisarzy natchnienia, olśnienia?

Jak najbardziej. Wierzę w istnienie przestrzeni metafizycznej. Zapis jest działalnością sekretną, to jest tajemnica. Nikt nie wie, nawet sam twórca, co z tego wyniknie. Istnieje przestrzeń natchnienia, odklejenia się od rzeczywistości i ona jest konieczna, aby w ogóle książkę napisać. Bez tego nie byłoby opowieści, historii, fabuły. Jednak jest to tak intymne, że jest mi niezwykle trudno o tym mówić. Byłby to zwykły ekshibicjonizm. Są to rzeczy, które dotykają nie twardej wiedzy, tylko tych przestrzeni niewiadomych. Nie jestem pewna, czy to jest ludzkie, pisarskie, a może czytelnicze. Nikt tego nie wie. Gdyby to nie był pewnego rodzaju sekret, to ludzie by nie pisali.

Jak do Pani stylu życia i zawodu podchodzą najbliżsi?

Napisałam tyle książek, że wszyscy są już przyzwyczajeni. Nawet moja dziewięcioletnia córka wie, że ja po prostu jestem katorżnikiem. Całą swoją rzeczywistość podporządkowałam pisaniu. Nie potrafię inaczej żyć. Nie jest to przyjemne ani miłe dla nikogo. Chciałbym żyć jak inni autorzy – wstają o konkretnych godzinach, o dziesiątej jedzą kanapkę itd. Nie chciałabym się tak męczyć, chciałbym pisać lepsze książki. Niestety, są to tylko moje pobożne życzenia, trochę taki koncert życzeń (śmiech).

Nie umiem tego przeskoczyć i wszystko robię dla dobra książki. Jeśli historia mnie niesie, to jestem w stanie poświęcić naprawdę wiele. Bycie pisarzem oznacza dokonywanie bardzo wielu wyborów. Bardzo często są to wybory bolesne. Odkąd zaczęłam pisać, wiele osób odeszło ode mnie. Ojciec mojego dziecka też jest artystą, a ja uważam, że dwóch narcyzów pod jednym dachem, to o jednego za dużo. Często więc są to kluczowe decyzje. Na szczęście dzisiaj moi najbliżsi akceptują mój styl pracy i obchodzą się ze mną jak z jajkiem.

Jest to zawód, który wymaga od człowieka pielęgnowania w sobie tych wszystkich świrów, których w sobie nosi. Tych wszystkich dziwactw, tej całej przestrzeni egocentryzmu, bo wszystko się skupia wokół książki. Z drugiej strony jest to niezwykle zdrowe, bo odpadają te wszystkie rzeczy, które są niepotrzebne.

każdy pisarz musi zaliczyć swoje doły, musi pobyć w studni. To go ubogaca i sprawia, że staje się olbrzymem

Ile Pani dzieł wylądowało w koszu?

Oj, ja już tego nie pamiętam, ale mnóstwo. Na tych kilka opowieści, projektów, które ujrzały światło dzienne, to myślę, że 9 na 10 lądowało w koszu. Trzeba się rozpisać. Pewne rzeczy były niedokończone, inne były niedoskonałe, a jeszcze innymi straciłam zainteresowanie. To jest zupełnie naturalny proces. Nie zapamiętuję rzeczy, które nie są ważne. Nie ma co się nad tym zastanawiać i rozpaczać.

Na sam koniec, co Katarzyna Bonda, tak od serca, radzi młodym, początkującym pisarzom?

Bądźcie poetami i generałami w jednym. Zachowajcie przestrzeń wrażliwości, ale nie dajcie się zjeść przez rynek wydawniczy. Nigdy się nie poddawajcie. Na wszystko jest odpowiedni moment. Czasem książka musi odczekać swoje, posiedzieć w nas. Nie wolno się spieszyć. Pośpiech jest wskazany tylko przy łapaniu pcheł, a nie przy pisaniu książek. Trzeba się wziąć do roboty i zacząć pisać. Nie myśleć, nie poszukiwać wsparcia na zewnątrz, tylko poszukać go w sobie.

Zaufali nam

© 2017 Koncept All rights reserved. Made by ORDER GROUP