Armia może się od studentów uczyć
O Legii Akademickiej bez głupawych kaprali, studentach podrzucających armii genialne pomysły i Billu Gatesie, który obawia się konkurencji ze strony młodego pokolenia, z byłym dowódcą GROM-u i generałem dywizji Romanem Polko rozmawia Mateusz Zardzewiały

Mateusz Zardzewiały


Mateusz Zardzewiały: Ministerstwo Obrony Narodowej reaktywowało Legię Akademicką pod postacią programu wojskowego szkolenia studentów. Jak pan, jako były dowódca jednostki specjalnej GROM, ocenia tę inicjatywę?

Gen. Roman Polko: Jakiś czas temu rozmawiałem na ten temat z ówczesnym wiceministrem obrony narodowej Michałem Dworczykiem i muszę przyznać, że przekonał mnie do tego pomysłu, mimo że początkowo podchodziłem z dystansem do inicjatywy przywrócenia Legii Akademickiej.

Jakie argumenty pana przekonały?

Na przykład to, że całość pomysłu była spójna, a sama inicjatywa jest realizowana na dobrych wzorcach. Jest też ona dedykowana tym, którzy rzeczywiście chcą coś zrobić dla ojczyzny. Będzie to też budowanie wśród młodzieży prawdziwie patriotycznych postaw, a nie patriotyzmu na pokaz.

A jak zapatruje się pan na Legię Akademicką od strony militarnej?

Z pewnością ma ona znaczenie, ponieważ działania bojowe prowadzone w naszych czasach to już nie jest żołnierz biegający po polu walki z maczugą – wystarczy spojrzeć na strukturę armii czy też nowy obszar działań jakim jest cyberprzestrzeń. A ludzie, którzy kończą uczelnie wyższe posiadają umiejętności potrzebne współczesnej armii, najprostszym przykładem są tu informatycy. Ostatnio resort obrony poszukiwał informatyków, oferując im zarobki na poziomie 2,2 tys. zł. Więc tutaj rezerwiści – nawet pracując weekendowo – będą mieć większy poziom profesjonalizmu niż zawodowi żołnierze-informatycy, ponieważ pensja na poziomie 2,2 tys. zł oznacza wśród informatyków negatywną selekcję.

Patrząc z boku, można pomyśleć, że Legia Akademicka to takie Wojska Obrony Terytorialnej, tylko złożone ze studentów. Czy może się mylę?

W tym przypadku diabeł tkwi w szczegółach. W LA chodzi o przeszkolenie wojskowe, a to w naszej tradycji kojarzy się raczej negatywnie, ponieważ w słusznie minionych czasach do wyszkolenia studentów często wysyłano oficerów, którzy nie nadawali się do dowodzenia, albo którzy mieli już odejść do rezerwy. Przez to ówczesny poziom szkolenia studenckiego nie był wybitny, odstawał od normalnych standardów obowiązujących w armii. Tym razem całe przedsięwzięcie ma być budowane na dobrych wzorcach, a wojsko chce także skorzystać z tego, co studenci mogą przekazać armii. Bo po zniesieniu obowiązkowego poboru armia, która nie będzie budować więzi ze społeczeństwem, będzie się od tego społeczeństwa odrywać. Tym bardziej, że już minęły czasy, kiedy to armia dyktowała warunki rozwoju technicznego. Teraz inspiracje czerpie się z różnego rodzaju firm czy właśnie od studentów. Moi przyjaciele ze Stanów Zjednoczonych, którzy zajmują się budowaniem horyzontów czasowych – czyli tego, co wyjdzie w 2050 roku – często zwracają się o pomoc właśnie do studentów.

Dlaczego?

Ponieważ studenci myślą out of the box, czyli poza schematami i potrafią podrzucać całkiem sensowne – a nawet wręcz genialne – pomysły.

Co studenci mogliby przekazać wojsku?

Ale to właśnie ja od nich chciałbym usłyszeć propozycje! Kiedy prowadzę zajęcia z młodzieżą akademicką, pierwszym pytaniem jakie zadaję jest to, w jaki sposób, myśląc kategoriami terrorystów, przeprowadziliby w swoim regionie akt terroru. I przedstawiają mi dużo oryginalnych pomysłów, związanych bardzo często z ich konkretnym regionem oraz wiedzą, indywidualnymi doświadczeniami zawodowymi.

To bardzo ciekawa kwestia. Jak pan, jako specjalista, ocenia te pomysły studentów wcielających się w terrorystów? Mają one ręce i nogi?

Przede wszystkim są wyjściem poza standardy, które widziałem jako urzędnik samorządowy i państwowy, a które polegają na przerysowywaniu starych schematów na nowe instrukcje i nowe wzorce. To wpadanie w pułapkę konforemności – robimy po nowemu, ale najlepiej tak jak już wcześniej było. A studenci rzeczywiście nie tylko potrafią wyjść poza te schematy, ale też zmuszają do tego innych. I gdy przedstawiali mi swoje pomysły na akty terroru, to momentami nie było wiadomo kto tu kogo uczy, bo sam dowiadywałem się od nich o wielu rzeczach. Bo oni, zdobywając wykształcenie inżynierów, techników, menadżerów, a często również mając już za sobą pierwsze doświadczenia zawodowe, widzieli swoim krytycznym okiem więcej niż zasiedziali urzędnicy czy nawet oficerowie odpowiedzialni w danym regionie za kwestie bezpieczeństwa. Może opowiem jeszcze ciekawą historię spoza Polski.

Zapraszam!

Kiedy pytano Billa Gatesa o to, kogo się najbardziej obawia jako potencjalnej konkurencji, to twórca Microsoftu odparł, że nie boi się innych korporacji, z którymi musi rywalizować, tylko najbardziej obawia się właśnie jakiegoś młodego studenta, który przyjdzie z genialnym pomysłem i złamie monopol jego marki, wypierając ją z rynku. Bo tak właśnie jest, że ludzie, którzy obierają konkretne kierunki studiów zgodnie ze swoją pasją i już podczas edukacji budują zgrane zespoły, będą zadziwiać. Bo takie są drogi rozwoju i bez świeżej krwi, bez apetytu, żeby zrobić coś nowego, armia będzie ulegała degradacji. Stąd też ten kontakt z intelektualną elitą Polski, którego dziś armia potrzebuje bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Ponieważ tak jak mówiłem, armia nie walczy już maczugami, ale intelektem. Zresztą z tego samego powodu kobiety odgrywają coraz większą rolę w wojsku – już nie ma potrzeby dźwigania ciężkiego, żołnierskiego ekwipunku, tylko po prostu trzeba być sprytniejszym od potencjalnego wroga.

Armia nie walczy już maczugami, ale intelektem.

Porozmawiajmy teraz językiem korzyści – jak zachęciłby pan studentów do zaangażowania się w Legię Akademicką?

Jeśli muszę kogoś zachęcać, to już lepiej niech da sobie święty spokój. Prywatnie zawsze wyznawałem zasadę, że gdy ktoś nie ma w sobie żadnej pasji, to po co ma się motywować? Żeby psuć pozostałym dobrą atmosferę, niszczyć klimat? Prawda jest taka, że ludzi, którzy chcą coś zdziałać, nie trzeba do tego zachęcać, ponieważ oni mają to coś w sobie. I trzeba tylko stworzyć im warunki do tego, żeby mogli się wykazać i coś konkretnego zrobić. A zapewniam pana, że takich ludzi, którym się chce, nie brakuje. Tylko jest jeden warunek – szkolenia Legii Akademickiej muszą być po prostu fajne, atrakcyjne. To nie może być siermiężne wojsko, stalowe hełmy, trampki (bo butów akurat zabrakło) i czołganie się w okopie pod okiem jakiegoś głupiego kaprala. To musi być szkolenie przemyślane, dostosowane poziomu studentów, tak żeby widzieli w nim korzyść.

Szkolenia Legii Akademickiej muszą być po prostu fajne, atrakcyjne. To nie może być siermiężne wojsko.

Jakie miejsce widzi pan dla studentów?

Jak już będzie się ściągało tych młodych ludzi, to trzeba im pokazać nowe techniki i technologie wojskowe, ale też skorzystać z ich wiedzy i umiejętności. Nastąpiła robotyzacja pola walki, a mamy inżynierów i techników, którzy pracując w różnego rodzaju korporacjach, realizują programy, które z punktu widzenia wojska mogłyby okazać się bardzo przydatne. Jeden z moich znajomych, prof. Piotr Moncarz, pracownik uniwersytetu Stanforda, zajmuje się takimi programami informatyzacji dla armii amerykańskiej. Teraz mówi, że jego zespół już przeszedł na robotyzację pola walki i mocno współdziała właśnie ze studentami. I to jest dobry kierunek myślenia, w którym wojsko nie jest głupie, tylko korzysta z intelektu swoich podwładnych.


Polecamy Wywiad:

Każdy ma taką Cichą Noc w jaką uwierzy

Zaufali nam

© 2018 Koncept All rights reserved. Made by ORDER GROUP